„Chodź ze mną”

Książkę którą Wam dziś przedstawiam miałem w dłoniach już dzień po premierze, zresztą trudno by było inaczej gdy można było ją zakupić z autografem Orbitowskiego. Nim przejdę do swoich odczuć po przeczytaniu owej, przytoczę fragment z okładki: „…Rok 2017. Czterdziestotrzyletni Dustin, kucharz i syn Heleny, po raz pierwszy słyszy od matki opowieść o ucieczce i ojcu, którego nigdy nie poznał. Musi skonfrontować się ze swoim pochodzeniem, prawdą o przeszłości Heleny oraz rodziną. (…) Kanwą dla opisanych wydarzeń jest m.in. zaczerpnięta z prasy historia tajemniczego obiektu latającego, który spadł do gdyńskiego basenu portowego pod koniec lat pięćdziesiątych. Czy był to odłamek meteorytu, satelita, a może coś innego?”. Dwie poprzednie powieści Orbitowskiego które czytałem doprowadzały mnie do szewskiej pasji tym, że początki były pogmatwane, nasycone niepotrzebnymi szczegółami, przez co traciło się zapał do dalszego czytania. Z przyjemnością stwierdzam, że tu jest pod tym względem lepiej. Książka od samego początku tworzy przed nami zarys historii, jednocześnie budując napięcie jak dalej się potoczy. Sporym plusem książki są krótkie rozdziały, szczególnie gdy tak jak ja ma się wiecznie coś do zrobienia, ciągle ktoś zawraca dupę, a czytać mogę jedynie w wolnych chwilach i wieczorami. Wspomniany wcześniej początek zawiedzie poszukiwaczy wrażeń. Są tu ckliwe wspominki, historia pewnej miłości, a wszystko opowiadane przez człowieka zapisującego to w formie elektronicznego pamiętnika… Można by rzec, że dupy nie urywa, ale uwierzcie, czytałem to z zaciekawieniem, choć w chwili gdy piszę tą recenzję (maj) na słowo MIŁOŚĆ dostaję mdłości. Nie będę streszczał Wam książki, zdradzę natomiast, że głównym wątkiem jest poszukiwanie przez pewnego człowieka prawdy o swoim ojcu. W tym celu udaje się do swojej matki, a opowieść którą słyszy z jej ust z każdą chwilą staje się coraz bardziej zaskakująca. Tak swoją drogą, książka w pewnym momencie skojarzyła mi się z „Kultem”, wcześniejszą książką Orbitowskiego, ale nie zdradzę dlaczego… 🙂 Na in minus można zaliczyć to, że książka jest swoistą przeplatanką rodzinnej historii z życiem obecnym, co przyznam trochę irytowało, bo jednak chciało by się jak najszybciej poznać prawdę, a jest się wbrew swojej woli odciąganym w zupełnie innym kierunku i to wtedy gdy historia robi się naprawdę ciekawa. A momentami wręcz popieprzona… I uwierzcie, nie ma w tym stwierdzeniu ani drobiny przesady, ale nie chcę zdradzać za wiele. Książkę czytało mi się świetnie, choć odrobinę bym ją okroił, przynajmniej o część fragmentów nie związanych z historią. Swoją drogą ów drugi, dość nietypowy wątek, wpleciony w całość jest fantastycznie.
Moja ocena w skali 1-6? (fanfary!) Daję 5! Ta książka naprawdę zaskakuje! Do pewnego momentu byłem przekonany że wiem gdzie mnie zaprowadzi by nagle oberwać w łeb czymś czego w tego typu powieści bym się nie spodziewał i od tego momentu fabuła w świetny sposób przekształca się z opowieści o trudnej miłości w…. nie powiem! Czytało się to z zapartym tchem i co fajniejsze niemal do samego końca nie ma się pewności czy opiwiadana historia jest prawdziwa, czy to wszystko jest wymysłem starej, chorej kobiety. Orbitowski naprawdę miło mnie zaskoczył i mogę z całą pewnością stwierdzić że jest to jak na razie najlepsza powieść jego autorstwa jaką czytałem. Wcześniej wspomniany „Kult” gdyby nie przesyt kurestwa, którego w książkach nie znoszę, pewnie by ją przebił, natomiast tu wszystko jest wyważone a książka trzyma w napięciu do ostatnich stron. A autograf ulubionego autora jest taką wisienką na pysznym czytelniczym torcie jakim niewątpliwie jest ta książka. Piątka zasłużona!
PS: Nie streszczam książek tylko piszę o swoich odczuciach więc nie spodziewajcie się wielu szczegółów, tylko kupujcie w ciemno bo warto. Miłość, ludzka nienawiść, ucieczka, śmierć i mega pokręcona historia, a to wszystko napisane ręką świetnego pisarza, czego chcieć więcej? Kosmity! 🙂 Ale nie rozwinę myśli by nie psuć zabawy ewentualnym czytelnikom. Świetna książka z zaskakującym zakończeniem. Gorąco polecam 🙂